Opinia niepotwierdzona zakupem
Gdybym miała opowiedzieć o „Kolorze zemsty” Cornelii Funke, powiedziałabym, że to powrót do znanego nam świata, który jednak wcale nie jest bezpieczny ani spokojny. Uprzedzam, to nie jest historia „i żyli długo i szczęśliwie”, lecz raczej „myśleli, że wszystko się skończyło, a koszmar właśnie wraca”. Zatrzymaj się, jeśli nie chcesz wiedzieć, co i jak, bo będą spojlery :D.
Akcja ponownie toczy się w Atramentowym Świecie, głównie w Ombrze, kilka lat po wydarzeniach z wcześniejszych części. Bohaterowie próbowali ułożyć sobie życie, odbudować to, co zostało zniszczone. Mo chce chronić rodzinę, Meggie dorasta i coraz lepiej rozumie, jaką moc mają słowa, a Smolipaluch próbuje żyć po swojemu, choć przeszłość ciągle za nim chodzi. I właśnie wtedy wraca Orfeusz. Ten sam, który kiedyś miał władzę i pieniądze, a teraz nie ma nic poza wściekłością.
Orfeusz w tej książce nie jest typowym czarnym charakterem z bajki. To postać, którą upokorzono, pozbawiono wpływów i znaczenia. I według mnie to właśnie go napędza. Jego zemsta nie polega na jednej wielkiej bitwie, tylko na podstępach, manipulacjach i okrucieństwu rozciągniętym w czasie. Najgorsze jest to, że wymyśla Szarą Książkę, coś w rodzaju magicznego więzienia, do którego można wrzucać ludzi i wymazywać ich z normalnego świata. To moment, w którym robi się naprawdę mrocznie.
Najbardziej w tej części cierpi? Na kim Orfeusz skupia swoją nienawiść? Tego dowiecie się sami, ale Smolipaluch zostaje schwytany, upokorzony i zmuszony do konfrontacji z kimś, kto chce go zniszczyć nie tylko fizycznie, ale też psychicznie. Będę szczera o czytając te fragmenty, czułam autentyczną złość i strach, bo autorka nie oszczędza bohaterów. Tu nie ma ochronnej bańki, każdy może zniknąć, każdy może zostać zdradzony, co powoduje, że każdy rozdział daje mnóstwo pozytywnych emocji, napięcia, adrenaliny. Co zauważyłam, ale mogę się mylić, to że nasza Meggie w tej części jest trochę inna niż wcześniej. Bardziej świadoma, dojrzalsza, ale też obciążona odpowiedzialnością. Wie, że słowa mogą ratować, ale też niszczyć. Razem z Mo, Elinor, Fenogliem i resztą próbuje przeciwstawić się Orfeuszowi i znaleźć sposób, by uwolnić uwięzionych w Szarej Książce. To nie jest szybka akcja ani łatwa wyprawa. To walka z kimś, kto gra brudno i nie ma już nic do stracenia.
Co możemy wynieść z tej części (ale nie tylko), to że zemsta nie jest czymś spektakularnym ani satysfakcjonującym. Jest brudna, niszcząca i wciąga wszystkich dookoła. Ta książka jest mroczniejsza niż poprzednie części. Jest mniej magii, która zachwyca, a więcej magii, która przeraża. Jest więcej straty, bólu i trudnych wyborów. I właśnie dlatego działa. Nie udaje, że wszystko da się naprawić jednym dobrym zdaniem wypowiedzianym na głos.
Jako nastolatka czytałam „Kolor zemsty” z poczuciem, że autorce naprawdę zależy na czytelniku. Nie traktuje nas jak dzieci, nie upraszcza emocji. Pokazuje, że zło często wraca wtedy, gdy myślimy, że już wygrało się walkę, i że czasem największym zwycięstwem nie jest zemsta, lecz odmowa bycia takim jak wróg. To książka dla tych, którzy znają Atramentowe Serce i chcą zobaczyć, co dzieje się dalej, ale też dla tych, którzy nie boją się historii, które zostawiają ślad. Po skończeniu długo myślałam o bohaterach i o tym, jak łatwo gniew może przejąć stery. I to chyba najlepsze, co może zrobić dobra książka.
2026-01-11Book_, Kołobrzeg